Rozmowa z Jerzym Leonowiczem, mieszkańcem Koszalina, uczestnikiem Powstania Warszawskiego

- Jak zaczęła się Pana przygoda z konspiracją?

- Od wiosny 1943 roku należałem do różnych organizacji młodzieżowych , a w 1944 roku wstąpiłem do Szarych Szeregów. Prowadziłem zastęp Zawiszaków- było nas kilku chłopaków z podwórka. Miałem wtedy 16 lat.

- A skąd Pan się dowiedział o wybuchu powstania? Dotarły do Pana jakieś wieści jeszcze przed godziną W?

- Wiadomo było że powstanie wybuchnie. Mówiło się o tym na rożnych spotkaniach, była to taka szeptana propaganda. AK ogłosiło już stan pogotowia, czuło się, że coś wisi w powietrzu. Dla Szarych Szeregów nie planowano żadnych działań na wypadek wybuchu powstania. Uważano że jesteśmy za młodzi by walczyć.


- To się miało rychło zmienić, gdy rozgorzały walki brakowało m.in. łączników i sanitariuszek. Ale na co Pan i koledzy liczyliście, biorąc udział w powstaniu? Na wyzwolenie Warszawy?

- Jeszcze przed powstaniem dyskutowałem z moim wujem, żołnierzem I wojny światowej. Gdy usłyszał o planowanym wybuchu powstania powiedział: ? Wybijcie sobie chłopcy z głowy powstanie. Z czym na Niemców? Nie macie czołgów, artylerii. Całe uzbrojenie nadaje się na dywersję, nie na otwartą walkę zbrojną?. Otóż powstanie miało trwać 3-5 dni, w tym czasie miały przyjść wojska sowieckie i Armia Berlinga. To dla nas było niemal pewne, bo takie informacje często nadawało Radio Moskwa i rozgłośnia im. Tadeusza Kościuszki. Powstanie nie było dla nas romantyczną przygodą, to był zryw, patriotyczny obowiązek.

- Więc nastał 1 sierpnia i wybuchło powstanie. Co Pan wtedy zrobił?

- Mieszkałem z matką i młodszym bratem na Żoliborzu, tam powstanie szybko się skończyło. Nie udało się pierwszego dnia zdobyć powstańcom ani Cytadeli, ani Dworca Gdańskiego i innych ważnych obiektów. Siły atakujących były zbyt szczupłe w porównaniu z obroną Niemców. Dlatego oddziały dowódcy Żoliborza ( czyli okręgu III) płk. Żywiciela wycofały się wieczorem 1 sierpnia do Puszczy Kampinowskiej. Po dwóch dniach powrócili na wyraźny rozkaz gen. Montera do walki. Nie mogłem już dłużej usiedzieć w domu, wziąłem trzech moich kolegów, zapakowaliśmy prowiant w plecaki, zabraliśmy wygodne buty i ruszyliśmy szukać powstańców.

- Mama pewnie była wystraszona takim pomysłem?

- Matka powiedziała że za Boga mnie nie puści, ale zagroziłem jej że i tak ucieknę. Byłem dość samodzielny. Mieszkałem w budynku niedaleko Cytadeli, z chłopakami ruszyliśmy w stronę ul. Słowackiego, a tam wypatrzyliśmy biegnącą grupę powstańców. Ruszyliśmy za nimi i po chwili do nich dołączyliśmy. Wbiegliśmy razem na poddasze budynku niedaleko ówczesnej fabryki Opla. Na ulice wjechały niemieckie czołgi, które powstańcy obrzucili granatami. Oddział, do którego się zaczepiliśmy należał do 9 kompanii dywersji polowej Żniwiarz. Jej dowódcą był porucznik Morawski Szeliga. Oficjalnie przyjęto nas na stan kompanii dnia 9 sierpnia, wtedy tak naprawdę stałem się powstańcem. Nosiłem pseudonim Żbik.

- Jakie zadania Pan wykonywał w oddziale?

- Byłem amunicyjnym przy karabinie maszynowym, ładowałem metalowe taśmy z nabojami . Nosiłem skrzynki z amunicją, granatami. Z czasem brałem też udział w akcjach bojowych.

- Ilu was było w plutonie?

- Pluton liczył 40 osób, kompania natomiast to 3 plutony. Co do uzbrojenia, to jako oddział dywersyjno- szturmowy byliśmy dobrze wyposażeni. Oczywiście nie było broni ciężkiej, czy wyrzutni PIAT, które dostarczano dopiero podczas zrzutów, ale posiadaliśmy broń długą i krótką. Najpierw miałem pistolet, potem parabellum, ale ta broń wymagała częstego i dokładnego czyszczenia. Pod koniec powstania byłem uzbrojony w granaty, parabellum zamieniłem na rewolwer Colta. Do tego doszedł karabin Mausera, miałem tez zdobyczną ciepła kurtkę niemiecką. No i oczywiście obowiązkową biało- czerwoną opaskę na ramieniu. Niestety, im dłużej trwało powstanie, tym trudniej było o broń i amunicję. Podobnie rzecz się miała z żywnością.

- No właśnie, jak wyglądało wyżywienie?

- W pierwszym okresie bardzo dobrze, karmiła nas ludność Żoliborza. Potem trzeba było radzić sobie samemu, ale i tak mieliśmy lepszą aprowizację niż cywile. Wielu z nich miało porobione zapasy na czarną godzinę które później wykorzystywali. Okolica była pełna ogródków działkowych , więc można się też było zaopatrzyć w jarzyny czy owoce. Dla mnie na przykład wyprawa na porzeczki omal nie skończyła się śmiercią, bo dostałem się pod ostrzał Niemców. Muszę przyznać że miałem w powstaniu kupę szczęścia.

- Pamięta Pan swoją najważniejszą akcję bojową?

- Mieliśmy osłaniać przemarsz oddziałów powstańczych na Starówkę, co wiązało się ze szturmem żołnierzy 9 kompanii na Dworzec Gdański. Miało to być drugie natarcie, które przeprowadzono w nocy z 22 na 23 sierpnia. Biegliśmy przez otwartą przestrzeń, Niemcy co raz wystrzeliwali w górę flary, w pewnym momencie odezwał się przybyły niemiecki pociąg pancerny, który pokrył przedpole serią z karabinów maszynowych. Wskoczyliśmy do pobliskiego rowu, nad głowami przelatywały nam pociski smugowe. Otworzyliśmy do Niemców ogień, ale kilkunastu naszych chłopaków poległo. O świcie się wycofaliśmy. Naszym kolejnym zadaniem była obrona fabryki Opla. Walki były niezwykle ciężkie, ostrzał silny. Walczyliśmy z rosyjskimi żołdakami w mundurach Wehrmachtu.

- A co się dalej działo z Panem i Pana kolegami?

- Był 27 września, godziny popołudniowe. Jeszcze jasno na dworze, nie widać zbliżających się Niemców. Wraz z kolegą z podwórka- Łosiem, który poszedł ze mną do powstania staliśmy wtedy na czujce , reszta oddziału odpoczywała w piwnicach. Nagle rozpoczął się ostrzał z granatników i moździerzy. Pocisk przebił strop, siła wybuchu mnie przewróciła. Wstałem pomału oszołomiony, otrzepałem się z kurzu i pyłu. Łoś leżał obok martwy.

- Miał Pan naprawdę dużo szczęścia. Udało się uniknąć szpitala?

- No właśnie nie. Następnego dnia miał być pogrzeb Łosia, a ponieważ był moim bardzo dobrym kolegą, poszedłem zanieść smutną wieść jego rodzicom. Wcześniej stracili już córkę, która była sanitariuszką w Szarych Szeregach. Tak więc idziemy we trójkę przemykając ulicami, gdy nagle w którymś z podwórek słychać świst i huk. Odłamki pocisku wbiły mi się w okolice stawu skokowego obu nóg. Straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, zobaczyłem że ojciec Łosia nie żyje, a matka jest poraniona. Pamiętałem że w tym budynku w piwnicy jest punkt opatrunkowy, powiedziałem kobiecie by się tam udała, a sam próbowałem się tam doczołgać. Niespodziewanie na wysokości I piętra nastąpiła kolejna eksplozja. Odłamki trafiły mnie tym razem w klatkę piersiową i plecy. Sam nie wiem, jak dotarłem do punktu opatrunkowego. Tam mnie jako tako opatrzono, odłamków wtedy nie usunięto, a część z nich mam do tej pory. Ponieważ kilka dni później Niemcy zaczęli naciskać, padła decyzja o ewakuacji do szpitala na ówczesnej ulicy Krechowieckiej. Szpital był niemiłosiernie zatłoczony, zrobiono mi opatrunek i ulokowano na korytarzu.

- Tam zastał Pana koniec powstania?

- Zgadza się. Gdy Niemcy wkroczyli do szpitala potraktowali nas jak kombatantów, chociaż baliśmy się, że nas wystrzelają. Przetransportowano nas do szpitala pod Warszawą i leczono w dobrych warunkach.

- Po upadku powstania udało się Panu odnaleźć rodzinę?

- Po upadku Żoliborza odnalazła mnie w szpitalu matka. Wyszedłem z niego w lutym 1945 roku, gdy wkraczała Armia Czerwona. Wróciłem na trochę do Warszawy, dostałem też odprawę z AK- 500 tys. zł. Była to niebagatelna suma. Jeszcze w 1950 roku zostałem skazany na karę więzienia jako członek AK, ale to już temat na zupełnie inną rozmowę....

Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski

 

Dodaj Temat

 reklama balticbd

calidozaworarka

 

ARKA zyczeniabn2017toplaserkoszalinlogo1

baneredu4you1

reklamamchecinski1                                                

teproogłoszenieopracebalticinfo1

lechbudIIetap

logo.rgb

e.sztorc.banner

inwestbohwawy

 

vertaxofertareklama1

banerekfotowoltaika210x240px3

 assetlogolarge

 

balticinfopl


logonieruchomosci ew1

logopraxis

pamprofil

 

4mobile

banerbogurscy
 banerek1
logo just
 
MAPA STRON I II
stat4u