EdwardGrzegorzFunkeEdward Grzegorz Funke to człowiek-instytucja. Fotograf, biznesmen, propagator kultury, mąż, ojciec, dziadek... można długo wymieniać. Jako inżynier oddał swoje serce fotografii. Opowiada nam o tym, oraz o recepcie na długoletnie małżeństwo.

- Inżynier z duszą artysty. Czy to możliwe połączenie?
- Jestem twórcą, ale czy artystą? Na pewno najlepszą odpowiedzią jest komplet widzów na moich wernisażach. Inżynieria to zawód, ale mi, doktorowi nauk technicznych potrzebna była też pasja, swój styl życia. To daje mi fotografia. Ale jako fascynacja osobami, obrazem, nie źródło dochodu, zarobku, coś z czego się żyje. Aczkolwiek jeszcze na 2 roku studiów dorabiałem sobie jako fotoreporter studenckiej gazety "Kronika Studencka" i robiłem fotografie ślubne. Był to dość dochodowy fach. Swoich zdjęć nie sprzedaję, wolę je czasem przekazać na potrzeby na przykład aukcji charytatywnych.

- To na studiach zetknął się Pan po raz pierwszy z fotografią?
- Nie, zacząłem jako fotograf bardzo wcześnie, bo już w 7 klasie podstawówki. Tata dał mi aparat nabyty chyba z tego co pamiętam drogą wymiany, od radzieckich żołnierzy. Była to SMIENA, którą robiłem zdjęcia na zajęciach kółka fotograficznego przy Domu Kultury w Koszalinie. Robienie zdjęć było zainteresowaniem, ale też zdawałem sobie sprawę, że to co uwieczniam, jest przemijające. Robienie zdjęć to była taka czarno-biała magia. Trzeba było założyć film, naświetlić a następnie wywołać, by uzyskać obraz. Wówczas ktoś z aparatem fotograficznym budził zainteresowanie, sama fotografia nie była tak popularna, powszechna jak teraz.
- Ale ostatecznie skończył Pan Wydział Mechaniczny na Politechnice Gdańskiej. Czyli natura inżyniera zwyciężyła?
- Od dziecka wiedziałem, że chcę być inżynierem. Natomiast przed studiami było jeszcze Technikum Łączności, także w Gdańsku. Pamiętam, to było takie pierwsze poważne zetknięcie z techniką. Wzmacniacze, mikrofony, kable i kula dyskotekowa, która stanowiła ozdobę wieczorków tanecznych. Na jednej z takich imprez poznałem swoją obecną żonę. "Kropa", bo taki miała przydomek, miała ciemne włosy, drobniutką posturę i szalenie imponowała mi tym, jak rusza się na parkiecie. Pod koniec lat 60 wróciliśmy już jako małżeństwo z synem do Koszalina.
- W życiu sporo Pan chyba podróżował? Mam tu na myśli nie tylko projekt "Portret Świata", który realizuje Pan z żoną, ale Pana życie wogóle.
- Moja podróż zaczęła się w 1944 roku w wieku 6 tygodni, gdy rodzice z rodzinnej Świsłoczy uciekali przed wkroczeniem Armi Czerwonej. Świsłocz to miejscowość oddalona obecnie 14 km od granic Polski, obecnie Białoruś. W Koszalinie mieszkam od 1951 roku, z przerwami na okres nauki. Pracowałem też na kontraktach zagranicznych w Gabonie i NRD.

- Skoro mowa o podróżach, jak wspomina Pan wieloletnie wyprawy na te 6 kontynentów, z których zdjęcia tworzą "Portret Świata'?
- Zawsze wolałem fotografię reporterską, niż studyjną. Uchwyciłem w aparacie chwile i osoby, których już nie ma, kogoś kto przemija. Dotyczy to zarówno portretów z Kuby, jak też zdjęć z World Trade Center. Rok po tragedii na zdjęciu zrobionym przeze mnie widać było jeszcze wielką dziurę. Podczas naszej kolejnej wyprawy do Nowego Jorku, dziurę zastąpiły monumenty i fontanny, upamiętniające tragedię. Zdjęcia przed trzęsieniem ziemi w Nepalu także pozostawiają niezapomniane wrażenie. Fotografię, tak jak ludzi, trzeba kochać. Podczas naszych eskapad nie spotkało nas nigdy ani żadne złe słowo, ani agresja, a zwykli ludzie są bardzo wdzięcznymi modelami. Podróże ekstremalne, takie jak Etiopia, czy Indonezja, to raczej już przeszłość. Nie chcę jednak rezygnować z fotografii. Mam ponad 70 lat i zdaję sobie sprawę że czas jest nieubłagany i trzeba zrobić porządek w szufladach. Oczywiście mam ten komfort, że prowadząc działalnosć gospodarczą uzyskałem stabilizację. Wsparcie i akceptacja żony także jest bezcenna.
- Jak ocenia Pan nowoczesną fotografię? Czy ukazuje ona przemijanie?
- Dziś w aparatach fotograficznych rządzi automatyka. Kiedyś jadąc na wyprawę zabierałem ze sobą 40 rolek filmu. Dziś jest to o wiele prostsze. Aparat jest narzędziem, to fotograf decyduje o tym jakie zdjęcie zrobić i w jakiej sytuacji. Każdy fotograf jest łowcą a dziś wszystko musi być robione błyskawicznie, także zdjęcia. Żyjemy w bardzo szybkim tempie, co jest synonimem naszej cywilizacji. Tak jak facebook.

- Pan facebooka nie ma. A co Pan sądzi o tzw. selfie?
- Świetne selfie to też sztuka. Ale ja jestem przeciwny takim praktykom, fotografia powinna być naturalna i autentyczna. Selfie mnie najzwyczajniej śmieszy.
- W tym roku obchodzicie Państwo 50 lecie małżeństwa. Jaka jest recepta na długi i szczęśliwy związek?
- Ważna jest uczciwość. Nie można się oszukiwać, bo nawet złe rzeczy łatwiej przejść we dwoje. Druga osoba powinna byc przyjacielem, nie tylko partnerem. Zauważył Pan jak dziś zanika wzajemna rozmowa? Ludzie nie rozmawiają ze sobą tyle, ile powinni. Także w małżeństwie. Warto w wychowaniu dzieci trzymać wspólny front. By nie szukać ideału, tylko akceptować partnera z wadami i zaletami. I szacunek, wzajemny szacunek jest bardzo ważny. Nie powinno się iść na skróty.
- Czyli zrezygnować i odejść?
- Czyli że jak jest źle, to się rozchodzimy. Powinno się rozwiązywać wspólnie problemy, bo tych nie brakuje: są choroby, zdarzenia losowe, brak pieniędzy. Miłość powinna być powiązana z wielką przyjaźnią, a sama miłość to coś więcej niż przywiązanie po latach do męża, czy żony. Dziś decyzje młodych ludzi są bardziej materialne, proste. Łatwiej powiedzieć: "już Cię nie kocham i bierzemy rozwód". Nie powinno się brać rozwodu ani od fotografii ani do żony.

 

Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski


Więcej o autorze i jego twórczości na: www.funke.pl


Biogram:
Edward Grzegorz Funke urodził się 18.06.1944 roku w Swisłoczy. Mieszka w Koszalinie od 1951 roku. Jest absolwentem Technikum Łączności w Gdańsku i Politechniki Gdańskiej oraz doktorem nauk technicznych . Od 1990 roku jest współwłaścicielem Fabryki Styropianu „ARBET" Sp.j . Od roku 2004 jest członkiem rzeczywistym Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej Stowarzyszenia Twórców, a od roku 2010 członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików.
W jego dorobku znajduje się m.in. siedemdziesiąt wystaw indywidualnych i ponad pięćdziesiąt zbiorowych. Razem z żoną Krystyną od kilkunastu lat realizuje własny projekt fotograficzny pt. Portret Świata, będący ich własnym spojrzeniem na świat i ludzi spotykanych podczas licznych podróży. Portret Świata to także nazwa należącej do Grzegorza Funke, pierwszej na Pomorzu Zachodnim, autorskiej galerii fotografii. W 2014 roku wydał album pt . „Moja podróż – przez sześć kontynentów do Swisłoczy”.
Jego prace znajdują się w zbiorach licznych muzeów w Polsce, oraz w zbiorach i kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą . Odznaczony m.inn. odznaką Zasłużony Działacz Kultury, Koszalińskim Orłem 2011 za promocję Koszalina na świecie i świata w Koszalinie oraz medalem Ignacego Jana Paderewskiego. W 2012 roku otrzymał nagrodę „Pro Arte” Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, natomiast w 2014 roku medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis , Złotą Odznakę Honorową Gryfa Zachodniopomorskiego oraz Złoty Medal Zasłużony dla Fotografii Polskiej . W grudniu 2016 roku w uznaniu zasług dla rozwoju Miasta Koszalina otrzymał Medal „Za zasługi dla Koszalina”. Od trzech kadencji jest przewodniczącym Rady Kultury przy Prezydencie Koszalina, a od 2014 roku jest członkiem Rady Muzeum w Koszalinie.

Dodaj Temat

 

calidozaworarka

toplaserkoszalinlogo1

edu4youferie

reklamamchecinski1                                                

teproogłoszenieopracebalticinfo1

lechbudIIetap

logo.rgb

e.sztorc.banner

 

 

balticinfopl


logonieruchomosci ew1

 

4mobile

 
 
 
 
MAPA STRON I II
stat4u