80423574 747790835727575 4010804893827727360 nO znaczeniu Bożego Narodzenia w naszym życiu rozmawiamy z Danutą Zawadzką, prorektorem ds kształcenia Politechniki Koszalińskiej.
- Jak wspomina Pani Boże Narodzenie w swoim domu rodzinnym?
- Moje wspomnienia wędrują ku czasom, kiedy Boże Narodzenie spędzaliśmy w domu moich dziadków Zawadzkich na Lubelszczyźnie. Wigilię i Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy w gronie około dwudziestu osób. Dzieliliśmy się obowiązkami organizacyjnymi. Każda gospodyni specjalizowała się w konkretnych potrawach. Z biegiem lat, coraz mniej czasu zajmowały nam ustalenia, każdy wiedział, co ma przywieźć ze sobą. Mój tato z bratem przygotowywali stoły. Ja lepiłam uszka z grzybami – to moja specjalność, i gotowałam czerwony barszcz. Pomagałam przyrządzić sałatkę warzywną z majonezem i śledzie w oleju. Mój tato gotował najlepszy bigos na świecie. Stanowił on jedno z lepszych dań na świątecznym stole. Dzień przed Wigilią wspólnie ubieraliśmy choinkę. To była fantastyczna przygoda.

Jak zjeżdżała się rodzina, zaczynaliśmy smażyć karpia, grzyby w panierce, jajka faszerowane. Do tej pory te potrawy są na moim stole wigilijnym. Dbaliśmy o to, aby podczas kolacji było 12 potraw. Nie było to ciężkie zadanie, przy takiej liczbie gospodyń. Jako dziecko, muszę przyznać, że smakowały mi tylko uszka z grzybami z niewielką ilością barszczu.
- A teraz? Jest Pani typem świątecznego łasucha?
- Teraz uwielbiam wszystko i uznaję zasadę, że każde danie należy spróbować. Po kolacji wigilijnej siadaliśmy bliżej choinki, koniecznie żywej, i wspólnie otwieraliśmy prezenty, podziwiając każdy z osobna. Pamiętam wspaniałą atmosferę, mnóstwo uśmiechu i ciepły nastrój. W międzyczasie jedliśmy ciasto. Po prezentach odczytywaliśmy na głos kartki świąteczne nadesłane przez rodzinę i znajomych. O północy, kto dał radę – szedł na pasterkę. Miało to swój klimat, zazwyczaj było bardzo zimno, a śnieg skrzypiał pod butami. Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy tradycyjnie - głównie przy stole, ale był to czas rodzinnych rozmów, sprawozdań, deklaracji przyszłych działań. Czuliśmy wspólnotę, jaką tworzyliśmy. Obecnie staram się, aby Święta wyglądały podobnie. Rodzina się bardzo rozrosła, niektórzy odeszli. Na stole przygotowuję podobne potrawy, idziemy rodzinnie na pasterkę. Chciałabym, aby mój syn miał podobne ciepłe wspomnienia, jak ja.

- A podział obowiązków w rodzinie podczas Świąt?
- Hmm… chyba jednak większość jest na mojej głowie. Mąż kupuje choinkę i zawiesza światełka. Po posiłkach układa naczynia w zmywarce, bo twierdzi, że nie potrafię tego robić odpowiednio. Cała reszta jest po mojej stronie.

- Woli Pani obdarowywać, czy otrzymywać prezenty?
- Prezenty nie stanowią dla mnie kluczowego elementu Wigilii. Ja bardzo lubię obdarowywać innych. Mój mąż uwielbia prezenty praktyczne. Prawie co roku dostaję rondel do gotowania, albo elektroniczny gadżet. Zawsze się z tego śmiejemy. Celebrujemy mimo wszystko ten czas. Każdy prezent jest starannie owinięty w papier, zawiązany wstążką i podpisany. Prezenty leżą pod choinką. Staramy się je włożyć w takim momencie, aby Mateusz, nasz syn nie widział, kiedy. Jest zawsze bardzo ciekawy i niecierpliwy. Próbuje ustalić co, dla kogo jest przygotowane. Kiedy Mateusz miał cztery lata, Mąż przebrał się za Mikołaja. Było bardzo fajnie, ale syn szybko doszukał się podobieństwa między tatą a Mikołajem. U nas nie ma nietrafionych prezentów – wszystkie są fajne i z każdego zawsze się cieszymy, a najbardziej z książek.
- Lubi Pani gotować?
- Gotowanie nie jest moją pasją, bo zajmuje za dużo czasu, którego zawsze mi brakuje. Ale bliscy i znajomi twierdzą, że potrawy wychodzą mi bardzo smaczne. W domu, na co dzień gotuję, ale staram się przygotowywać posiłki na dwa dni. Jesteśmy domatorami, lubimy spędzać czas w domu. Podobnie jest podczas Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Mąż nie wyobraża sobie Wigilii bez zupy grzybowej z lanymi kluskami. Wszyscy zaakceptowali moje wydanie i raz w roku taką zupę również przygotowuję. Pewnego roku postanowiliśmy spędzić Święta poza domem, w zimowej aurze, w górach. Nie był to dobry pomysł. Nie trzeba było gotować - to prawda, ale to nie to samo, co w domu z rodziną.
-Wierzyła Pani oczywiście w świętego Mikołaja?
- Wierzyłam, bardzo długo. Moi Rodzice to sprytnie podsycali. Nie pamiętam dokładnie, kiedy przestałam, ale pewnie w szkole podstawowej. Postarałam się, aby mój Syn wierzył w tę magię podobnie długo. Teraz to już wspólnie twierdzimy, że jesteśmy pomocnikami Św. Mikołaja.
- Boże Narodzenie to dla Pani...
- Czas spędzony blisko z Rodziną, pachnący świerkiem i dobrym jedzeniem, otulający nas serdecznymi wspomnieniami i ciepłą atmosferą, a także, a właściwie przede wszystkim - czas nadziei.
Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski

Dodaj Temat

 

 

PRAXISreklamalogo

 reklama.e.warzynska

 

 

reklamamchecinski1

 

 DB MACIEJ TYSZKA baner



 

 

 

 
 
 
 
MAPA STRON I II
stat4u