Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

„Kursk” idzie na dno. /Tragedie morskie cz. III

Foto: wikipedia.pl

Kontynuując tematykę morskich katastrof, nie można nie wspomnieć o wydarzeniu, które miało miejsce 21 lat temu. Latem 2000r. podczas wielkich manewrów rosyjskiej floty, które miały przywrócić jej dumę, doszło do tragedii w wyniku której nowoczesny okręt podwodny „Kursk” zatonął, grzebiąc ze sobą 118 osobową załogę.

Ten okręt podwodny musiał nazywać się „Kursk”. Jak inaczej można nazwać symbol odrodzenia rosyjskiej floty morskiej, jeśli nie na cześć miejsca zwycięskiej bitwy z 1943r. w której Armia Czerwona pobiła Niemców? A rosyjska marynarka wojenna potrzebowała na początku lat 90-tych XX w. podniesienia morale, podobnie jak cały kraj. Wielu ludziom, politykom, zwłaszcza wojskowym trudno było pogodzić się z tym, że wielkie mocarstwo jakim było ZSRR już nie istnieje. NATO wyprzedziło technologicznie armię rosyjską, a imperialna kiedyś flota stanowiła w większości kupę złomu. Brakowało pieniędzy na bieżącą konserwację i przeglądy okrętów, które powinno się robić co 7 lat. Z powodu zaniedbań w tym zakresie, okres bezpiecznego użytkowania okrętów podwodnych skrócił się w Rosji do 10 lat, podczas gdy w USA wynosił on 30 lat. Problemem było nawet składowanie i demontaż okrętów, wycofanych ze służby.

Narodowa duma, marynarska bieda

Rosja potrzebowała nowoczesnego okrętu który pozwoliłby odzyskać flocie dawną chwałę. Nic to, że marynarze i oficerowie marynarki żyli z rodzinami na dalekiej północy w trudnych, biednych warunkach, dostając groszowy żołd. Jak wyliczyli niemieccy dziennikarze Bettina Sengling i Johannes Voswinkel, autorzy książki „Kursk. Zanużenie w śmierć” w 2000r., gdy zatonął „Kursk”, miesięczne uposażenie jego kapitana wynosiło 400 marek, równowartość ówczesnych 800 zł.

W 1996r. załoga „Kurska” jest już o krok od buntu. Od miesięcy nie otrzymują żołdu, a służba jest bardzo ciężka. O 6 rano otwarta ciężarówka wiezie marynarzy w mrozie do okrętu, z którego wracają do domów dopiero późnym wieczorem. Młodzi oficerowie zastanawiają się z czego wyżywią rodziny. Towary takie jak płatki, ryż czy makaron są luksusem, żony zastawiają w sklepach złote obrączki lub kupują „na zeszyt”. Dochodzi do kradzieży, z akumulatorów torped znikają srebrne płytki, a jednego z rekrutów aresztowano przy próbie sprzedaży urządzeń kontrolnych reaktora jądrowego. Pojawiają się samobójstwa we Flocie Północnej. W 1998r. odbiera sobie życie aż 14 marynarzy. Sytuacja jest na tyle kuriozalna, że Flota nie ma pieniędzy by opłacić rachunki za energię elektyczną. Jej dług sięga w 1995r. Aż 4,5 mln dolarów.

W takich warunkach miała odradzać się rosyjska marynarka wojenna, która dodatkowo borykała się z utratą okrętów na morzu. Katastrofy okrętów podwodnych zdarzały się w minionej epoce dość często, chociaż po stronie amerykańskiej na dnie spoczęły jedynie dwa okręty podwodne: USS „Scorpion” (pisałem o nim w poprzednim wydaniu) oraz USS „Thresher” (zatonął w 1963r. w wyniku zwarcia instalacji elktrycznej, gdy wysiadł napęd).

Bilans strat morskich ówczesnego ZSRR był bardziej niepokojący. W październiku 1960r. nastąpiła awaria reaktora na okręcie podwodnym K-8 i śmierć poniosło 13 osób. We wrześniu 1967r. nastąpił pożar na pokładzie K-3- straty to 39 zabitych.

Dalsza lista to kolejne okręty podwodne. Przyczyna tkwiła w pożarze, przecieku z reaktora albo usterkach innej natury. Do tej listy dodać należy pożar na pokładzie K-278 „Komsomolec” i zatonięcie tego okrętu podwodnego w kwietniu 1989r. Wchodził on w skład Floty Północnej i miał być okrętem- legendą. Uchodził za najszybszy, największy okręt podwodny świata (122m długości). Jego kadłub wytrzymywał zanużenie do 100 m i był zbudowany z czystego tytanu.

„Kursk”, który trafił również pod skrzydła Floty Północnej, miał nie podzielić losu tych okrętów. Jego budowę zakończono w maju 1994r i od razu został skierowany do służby. Był okrętem podwodnym o napędzie jądrowym trzeciej generacji i długości kadłuba 108m. K-141 „Kursk” był uzbrojony w 24 potężne pociski rakietowe o zasięgu 550 km, które mogły być wyposażone w głowice nuklearne. Można było odpalać je nawet gdy okręt pozostawał w zanurzeniu. Specjalny, podwójny kadłub miał sprawiać, że okręt będzie bardzo bezpieczny. Do tego dochodziła 10-centymetrowa, gumowa pokrywa kadłuba, która miała utrudnić wykrycie „Kurska”. Okręt był napędzany przez dwa reaktory jądrowe. Stworzono go z myślą o działaniach ofensywnych, takich jak polowanie na lotniskowce wroga.

Wielkie manewry i zatonięcie

W 1999r. „Kursk” wyruszył z misją na Morze Śródziemne, mając za zadanie śledzić ruchy okrętów NATO. Załoga wróciła w nimbie chwały, a okręt uchodził za dumę Floty Północnej. Sam nowy premier Rosji, Władymir Putin nie szczędził pochwał obiecując awanse i medale. Rok później, już jako prezydent, wizytował Flotę Północną, obiecując przywrócić marynarce dawny blask. „Kursk” miał także wziąć udział w wielkich manewrach Floty Północnej na Morzu Barentsa i wyrusza na nie 10 sierpnia 2000r. Okazują się one wielkim fiaskiem, gdyż nowe systemy rakietowe zawodzą i pociski albo nie opuszczają wyrzutni, albo lecą gdzie chcą. Dwa dni później dochodzi do tragedii i w okolicach Murmańska „Kursk” tonie. W jakich okolicznościach?

Prawdopodobnie zawiniła awaria torpedy, którą próbowano odpalić z jednej z czterech wyrzutni dziobowych. Dowódca „Kurska”, komendant Laczyn połączył się w trybie alarmowym ze sztabem informując o awarii torpedy na pokładzie i prosząc o zgodę na jej odpalenie. Argumentuje to wysokim ryzykiem eksplozji, gdyż mieszanka stanowiąca napęd torpedy ma siłę wybuchu małej bomby. Dowódca „Kurska” nie doczekał się odpowiedzi.

W sobotę, 12 sierpnia 2000r. o 11.28 udaje się zarejestrować eksplozję na Morzu Barentsa, na obszarze manewrów rosyjskiej floty. Dwie minuty później następuje druga, potężniejsza eksplozja. Co dzieje się w momencie wybuchu na „Kursku”? Dowódca próbuje wynużyć okręt, ale nie ma czasu, zniszczenia są zbyt wielkie i szaleje ogień. Druga eksplozja wstrząsa okrętem atomowym jak zabawką. Z pierwszej sekcji okrętu pozostało tylko parę rur. Wszędzie panuje bałagan. Woda wdziera się do wnętrza, zalewa wskaźniki, elektronikę, wyrywa kable, zalewa centralę dowodzenia. Reaktory przestają działać i silnik okrętu zamiera. Obciążony dziób ciągnie okręt na dno.

Marynarze mogliby spróbować wydostać się z okrętu przy pomocy specjalnej kapsuły ratunkowej, wyposażonej w zapasy żywności, wody i lekarstwa. W razie konieczności kapsuła zostałaby wystrzelona na powierzchnię wody. Ale to niemożliwe, gdyż eksplozja ją zniszczyła. Część załogi próbuje uciekać na rufę okrętu, do przedziału ratunkowego. Ci, których zalewa woda, wdzierająca się do poszczególnych segmentów okrętu, toną.

Ratunkiem dla 23 ocalałych jest ulokowana w rufie sekcja 9 z wyjściem awaryjnym- to żółty luk prowadzący na zewnątrz. Wystarczy założyć kombinezony do nurkowania i butle z tlenem. Skafandry te pozwalają opuścić okręt podwodny leżący na głębokości do 100 m. Niestety! Uszkodzony, wygięty właz ani drgnie. A nawet gdyby udało się go otworzyć, w śluzie ewakuacyjnej nagromadziła się już woda, w której potopiliby się szukający ratunku.

Wkróce zapadła ciemność. Akumulatorowe zasilanie awaryjne się wyczerpało, ludzie pozostali w całkowitych ciemnościach i z coraz mniejszą ilością tlenu. Rozprzestrzeniał się ogień o temperaturze 3000 stopni. Kapitan Dmitrij Kolesnikow zdążył jeszcze napisać na kartce papieru: „Jest zbyt ciemno, ale spróbuję pisać po omacku. Chyba nie ma szans, 10-20 procent. Mamy nadzieję, że ktoś to jednak przeczyta. Pozdrowienia dla wszystkich, nie rozpaczajcie”.

Akcja ratownicza

Nadzieją dla uwięzionych we wraku „Kurska” mogli być tylko ratownicy Floty Północnej. Ale poszukiwania zaginionego okrętu podjęto dopiero wczesnym wieczorem. Nie zaniepokoiło sztabu, że „Kursk” nie wystrzelił zaplanowanej torpedy a łączność radiowa ucichła. Dopiero 12 godzin po katastrofie zostaje podniesiony oficjalny alarm. Sytuacja zastaje Putina wypoczywającego już na wakacjach. Pada decyzja o podjęciu poszukiwań i rozpoczęciu akcji. Pojawiają się pierwsze komunikaty w mediach.

Rosyjskie służby ratownicze posiadają przestarzałe okręty i kiepsko wyposażone załogi. Do tego, Rosjanie bardzo opieszale zabrali się do operacji i oczątkowo prowadzili akcję ratunkową na własną rękę. Z ofertą pomocy wystąpili Brytyjczycy, Norwegowie oraz Amerykanie ale rosyjskie ministerstwo obrony odmówiło. Dopiero po 5 dniach władze na Kremlu poprosiły o wsparcie. Na Morze Barentsa wyruszyła ekipa brytyjsko-norweska. Norwegowie dotarli do wnętrza „Kurska” w dniu 21 sierpnia 2000 r. Nie znaleziono już nikogo żywego…

W następstwie tragedii grupa wysokich oficerów rosyjskiej floty została dyscyplinarnie zwolniona z zajmowanych stanowisk. Rosjanie przez wiele miesięcy podejmowali próbę podniesienia wraku. Bezskutecznie. Udało się to dopiero specjalistom holenderskim i norweskim w październiku 2001r. Zatonięcie „Kurska” stało się pożywką dla różnych teorii spiskowych, włączając w to kolizję z okrętem podwodnym USS „Memphis”, który rzekomo miał śledzić przebieg manewrów. Mówiono też o przypadkowej rakiecie rosyjskiej, która wystrzelona podczas manewrów miała trafić „Kursk” i to spowodowało jego zagładę.

Co działo się z rodzinami zmarłych członków załogi? Oczywiście, publicznie politycy rosyjscy deklarowali im materialne wsparcie. Putin osobiście pojechał na spotkanie z rodzinami i wdowami po załodze „Kurska” obiecując wysokie rekompensaty i pomoc materialną. Gdy opadła medialna wrzawa, słowa pozostały słowami i nikt nie przejmował się już losem rodzin marynarzy.

Jeden z „podwodniaków”, podporucznik Jełmanow trafnie to ujął: „Dla władców Rosji naród jest tylko byłem roboczym. Pływamy na atomowych okrętach podwodnych, ale moralnie jesteśmy w epoce kamienia łupanego”.

Tomasz Wojciechowski

Artykuł ukazał się w koszalińskim tygodniku „Miasto”.

Registration disabled