Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Suknie panny Zuzanny

Zuzanna Gonera jest młodą osobą, która ma bardzo nietypowe zainteresowanie. Mianowicie interesują ją stroje kobiece z dawnej epoki. Do tego stopnia, że sama je odtwarza, dba o oryginały i prezentuje na różnych tematycznych sesjach fotograficznych.Opowiada nam o swojej pasji.

Na początek kilka słów poproszę o sobie…

– To zawsze najtrudniejsze pytanie, na które nigdy nie wiem jak odpowiedzieć… Nazywam się Zuzanna, mam 23 lata i pochodzę z Choszczna, a aktualnie mieszkam w Szczecinie. Udało mi się obronić w tym roku licencjat na katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej we Wrocławiu, który nosi tytuł „Vintage – od wyznacznika statusu kobiety do szeroko pojętego hobby zbierackiego”. Odzież historyczną zbieram od około trzech lat. Poza tym od zawsze interesowała mnie historia w różnych formach, ale nigdy nie wystarczyła mi sama wiedza książkowa serwowana w postaci dat rytych na blachę do matury. Z tego powodu zdecydowałam się na studia antropologiczne, gdzie dalej mogę lawirować w odmętach historycznych, ale zwracać uwagę na dużo szerszy kontekst społeczny. Suche daty i fakty nigdy tak nie przemówią, jak spisane wspomnienia czy eksponaty możliwe do zobaczenia, do dotknięcia. Dodatkowo od niedawna działam w stowarzyszeniu Denkmal Pomorze i jest to jedna z najlepszych inicjatyw, z jakimi się w życiu związałam, absolutne coś, do czego czuję powołanie i co chcę w życiu robić.

Zatem pasja do starych ubiorów i historii jak widać, otacza pani życiorys z każdej strony. A czym dokładnie się Pani fascynuje, jakim okresem historii?

Moja pasja do historycznej odzieży jest po prostu kolejną gałęzią historii, w której siedzę od dziecka. A byłam tym typem dziecka, które podniecało się na widok dinozaurów, oglądało „Park Jurajski” na zmianę z „Mumią”, niezbyt dogadywało się z koleżankami z podwórka nie czującymi fascynacji opisami wyciągania mumiom mózgów przez nos i marzyło o zostaniu archeologiem. Przez lata odkrywałam tylko kolejne rewiry historyczne. „siedzę” mocno w okresie II wojny światowej, skąd moja największa pasja rozciągnęła się na cały wiek XX, a potem zaczęła skręcać w kierunku historii Niemiec. Jestem tym klimatem po prostu przesiąknięta i to chyba była kwestia czasu, nim zaczęłam się tak ubierać. Styl podobał mi się od zawsze, szukałam w sobie odwagi, a wyjazd na studia do obcego miasta bardzo w tym pomógł. Nie przesadzę jak powiem, że praktycznie cały czas tkwię w tym temacie, bo nawet swoje wybory serialowe, muzyczne, książkowe,czy miejsca podróży dobieram wedle tego klucza. To jest po prostu moje życie, a współczesności czasem nie rozumiem i się w niej gubię. Ja cały czas i wszędzie szukam okruchów przeszłości.

No ale to tak naprawdę „tylko” ubrania. Dla kogoś patrzącego z boku, może być to nudne..

-O vintage można powiedzieć oczywiście, że to tylko ubrania. Ale te ubrania nadają wielowymiarowości książkowej historii. Fascynuje mnie na przykład to, jak poprzez kolonializm różne orientalne motywy przenikały do mody europejskiej i stawały się „naszymi”. W Wielkiej Brytanii, w latach 50- tych bardzo popularne były suknie szyte z hinduskich Sari, lecz na wzór modnej sylwetki lansowanej przez Diora. Były traktowane jako sentymentalna pamiątka po czasach kolonializmu, do których wielu Brytyjczyków, zachęcanych do tego przez Winstona Churchilla, bardzo tęskniło. Sari te były odkupowane po taniości od ludzi w koszmarnej sytuacji życiowej, którą zgotowała im Wielka Brytania przez lata okupacji. Cała historia Indii jest tragiczna, a ja jestem tym nieznośnym człowiekiem, który kocha wyciągać takie smaczki i odzierać Aliantów z ich kryształowego mitu. I nie ukrywam, że taka odzież jest bardzo kontrowersyjna i nie może być sygnowana banalnym stwierdzeniem „sukienka z lat 50.”, bo w końcu mniejszości etniczne z całego świata mają możliwość upomnienia się, aby wszystkie wzory i motywy etniczne, jakie Europa masowo kradła, zaczęły być kojarzone z ich rodzimą sztuką.

Skąd czerpie ani wzorce ubioru, wyglądu pań z dawnej epoki, ekspozycji sylwetki?

– Z naprawdę przeróżnych źródeł. Przede wszystkim oglądam dużo żurnali, bo one same w sobie są małymi dziełami sztuki. Kto dzisiaj widział katalog z kapeluszami, w którym są ręcznie malowane akwarelą ilustracje modowe? Głównie przeglądam zbiory internetowe i zapisuję je na dysku, bo interesujące mnie gazety są trudno dostępne i posiadam tylko dwa egzemplarze. Najbardziej podoba mi się moda z naszego, europejskiego podwórka, Niemcy i Austriacy w latach 30-tych i 40- tych. Tworzyli, moim zdaniem, ubiór o najbardziej szlachetnej formie. Jest on jednak ciężko dostępny i trzeba polować na niego po lumpeksach lub próbować odkupić od kolekcjonerów z Niemiec, ponieważ najpopularniejsza jest jednak moda amerykańska. Stare Hollywood i ten klimat… Dla mnie niestety styl Ameryki zbyt często zahacza o subkulturę Pin-up, która estetycznie mi się nie podoba. Tęsknym wzrokiem patrzę raczej na Brigitte Helm a nie na Marilyn Monroe. Mam też niekonwencjonalne inspiracje co do mojego stylu, który rzadko kiedy jest czysto epokowy – inspiruje mnie historia, muzyka, mitologia, pogaństwo, natura, sztuka czy architektura moich ulubionych regionów. Mieszam dekady z całego wieku XX aż miło, wedle sobie znanego tylko klucza Mogę zdradzić, że aktualnie marzy mi się sesja zdjęciowa inspirowana rosyjskim baletem i postacią Matyldy Krzesińskiej, tylko jeszcze nie znalazłam odpowiedniego wnętrza w okolicy.

Czy informacje na tematy mody lat 30-tych i 40-tych są trudno dostępne?

– Są bardzo rozproszone. Obrazki z żurnali może sobie każdy pooglądać w Google, ale do vintage potrzebna jest jeszcze wiedza na temat datowania odzieży oraz sposobu dbania o nią. Datowania najlepiej się nauczyć w praktyce, są pewne podstawy na temat fasonów, szwów, typów guzików czy zamków, ale moim zdaniem trzeba przemielić przez swoje palce pewną ilość tych rzeczy, aby oceniać wiek „na czuja”. A często już po samej fakturze materiału można zgadnąć co to jest. Ciężko jest datować po zdjęciach. Z kolei wiedza na temat dbania o tę odzież bierze się z metody prób i błędów. Najlepiej przekopywać blogi lub bezpośrednio pytać ludzi o ich przygody. I tak np. żelatynowe cekiny rozpuszczą się w wodzie, detergent może wyżreć dziurę, trzeba pryskać wódką aby usunąć brzydki zapach i tak dalej… Jest to niestety czasem ciężka zabawa wymagająca nawet demontowania guzików na czas prania (lubią puszczać rdzę) i zawsze podglądam metody innych ludzi, jeśli nie jestem pewna co mam zrobić. Ale czasem nawet wieloletni kolekcjonerzy dochodzą do momentu kryzysu, w którym nagle nie wiedzą nic.

W takich ubraniach nie chodzi się na co dzień, więc można je jakoś wykorzystać np. podczas pokazów, sesji fotograficznych?

– To zależy! Jeśli mam być szczera to noszę moje ubrania na co dzień. Wiadomo, że nie wszystkie i suknie balowe zostawiam raczej na sesje zdjęciowe, targi czy inne zloty miłośników vintage, gdzie się głównie siedzi i pije kawę z sympatycznymi ludźmi. Najlepsze z najlepszych są targi Old Fleas w berlińskim Ballhausie, który szczyci się oryginalnym wystrojem z lat 20. Cała moja garderoba nadaje się do noszenia. Są to rzeczy jakościowo naprawdę świetne, wygodne i komfortowe, uważam, że jeśli przeżyły 70 lat, to przy odpowiednim użytkowaniu wytrwają drugie tyle. Próbowałam przekonać się do współczesnej odzieży retro, czyli stylizowanej, jednak moim zdaniem brakuje jej „tego czegoś”. W oryginałach zachwyca mnie detal, zapięcia na haftki lub napy, ręczne hafty czy skomplikowane kroje, które są dziś nie do podrobienia. Retro marki celują w estetykę. Ale nie trzymają modnej dla danej dekady formy ubrań zgodnej z ówczesnym kanonem piękna, oraz stosują współczesne rozwiązania krawieckie. A forma była na tyle istotna, że kobiety formowały sylwetki gorsetami, pasami lub dopinały sobie poduszki. Ja się najlepiej czuję w kroju z przełomu lat 30-tych i 4-tych, który podkreślał talię i jednocześnie tworzył solidną ramę ramion poprzez kształt bufiastych rękawów lub wszyte poduszki. Nasi dziadkowie lepiej wiedzieli, co i jak uszyć, aby się nadawało na dany sezon i wytrzymało wiele lat.

Z czego składał się dawny ubiór modnej pani?

– Przede wszystkim trzeba było trzymać modny fason i nie łamać konwenansów. Istnieje dziś wiele mitów i stereotypów na temat chociażby niewygodnych gorsetów będących narzędziami tortur. Musiały one być uszyte na tyle wygodnie, aby mogły nosić je kobiety pracujące w fabrykach. Każda dekada charakteryzowała się takimi detalami, które musiały być włączone w strój, aby dana osoba nie naraziła się na ośmieszenie towarzyskie, bo o statusie nie świadczyła forma sylwetki, a całość zdobień odzieży. Raczej nie wychodzono z domu bez kapelusza oraz rękawiczek, nieufryzowane włosy były problemem, choć stopień skomplikowania fryzury zależał od przynależności do danej klasy, zmieniał się status makijażu, a konwenanse określały nawet typy sukien odpowiednie na przedpołudnie, popołudnie, na oficjalne bale, na kameralne domówki i tak dalej. Fasony zmieniały się mniej więcej co 10 lat i nawet, jeśli czyjś ciuch przetrwał dłużej, bardzo często był przerabiany na nową modę.

Chciałaby pani zatem żyć w epoce pięknych sukien i dam?

– Zdecydowanie nie. Zbyt mocno siedzę w temacie historii i faszyzmów europejskich, aby uważać tamten świat za tak atrakcyjny, aby w nim żyć. Kocham dawną sztukę, muzykę, literaturę, architekturę i ubiór. Ale równie mocno cenię sobie swoje dzisiejsze prawa oraz swobody. Doceniam, że mogę być kim chcę, mogę się uczyć, nie muszę wyjść przymusowo za mąż, poświęcić się dzieciom. Moja ubrania są tylko i wyłącznie moim wyborem, z którego mogę zrezygnować w gorszy dzień. Wiem, że ogrom kobiet z czasów naszych babć i prababć wiele by dało, aby żyć w naszych czasach, bez żalu oddałoby swoje piękne suknie byleby tylko zyskać wolność. Wtedy realia stanowiło obrabianie gospodarstwa w pończochach mocowanych gumkami od słoików, bo pas stanowił drogi wydatek. Wiem także, że istnieją środowiska retro, które tęsknią do tamtych realiów i wydaje im się, że na pewno byliby z warstwy najbogatszej szlachty. Ja nie rozumiem ich, a oni nie rozumieją, że fantazjują do ułudy, a nie do rzeczywistości historycznej. Mam świadomość tego, że ubrania, które mam, były najlepszymi i często jedynymi aż tak jakościowo dobrymi rzeczami pierwotnych właścicieli, noszonymi na specjalne okazje. Dlatego przetrwały odłożone na dno szafy. Ja doskonale wiem, gdzie byłoby moje miejsce w epoce pięknych sukni i dam oraz wiem, że z tych sukni miałabym wtedy niewiele. Te dwie rzeczywistości, moim zdaniem, nie łączą się wcale.

Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski

Autorzy zdjęć: Kostia Anufriew , Inka Kapturevska, Piotr Wolski

Registration disabled