Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Trudna dola restauratorów

Lokal „Ziemniakowelove” w Stargardzie walczy o klientów w niełatwej rzeczywistości COVID-19. Foto:A. Czyżowicz.

Otwierać czy czekać na pomoc rządu? Oto dylematy restauratorów. W obecnej sytuacji, gdy lokale gastronomiczne w Polsce są zamknięte dla gości i sprzedawane jest jedynie jedzenie na wynos lub z dowozem, wielu restauratorów tonie w długach. Koronawirus i rządowe restrykcje doprowadziły ich do sytuacji, gdzie mimo zakazów, postanawiają coraz liczniej otwierać swoje lokale. Co dalej z restauracjami, klientami i całą branżą? Rozmawiamy o tym z Iwoną i Pawłem Orłowskimi, z restauracji „Ziemniakowelove” ze Stargardu.

Jak radzicie sobie jako lokal w czasie koronawirusa. Czy udało się dostać dofinansowanie w ramach tarczy?

Iwona Orłowska:- Podczas pierwszego lockdownu chcieliśmy wierzyć, że to tylko na chwilę, że damy radę, że wrócimy do normalnej pracy i będzie, jak dawniej. Wiosną wszystko szło siłą rozpędu – wiele firm miało zaplecze finansowe, czasem niewielkie, ale jednak. I była nadzieja, że po tych kilku tygodniach wrócimy do działania. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej brutalna. I choć jesteśmy w pracy każdego dnia, pracujemy od rana do wieczora i mamy grono stałych gości, ludzi, którzy do nas wracają, którzy nas wspierają, to jednak sytuacja jest poważna. Żadna firma nie jest w stanie przetrwać trwającej w nieskończoność niepewności. Tak więc i siły naszej firmy, a także innych firm z branży gastronomicznej są na skraju. Zaczyna nam brakować pomysłów, energii i po prostu pieniędzy. Ponadto obserwujemy długie kolejki do kas marketów spożywczych czy budowlanych i zastanawiamy się, czym różnimy się od innych. Czujemy pewnego rodzaju niesprawiedliwość, a powoli także złość.

Paweł Orłowski:– Pomoc od rządu wyglądała tak, że wiosenna tarcza wsparła nas w nieznacznym stopniu. Jednak pozwoliło to na utrzymanie zatrudnienia, a także utrzymanie wynagrodzeń i godzin pracy na poziomie sprzed pandemii. Jednak tarcza jesienna to, przynajmniej naszym zdaniem, ogromne rozczarowanie. Liczyliśmy na wsparcie, które pozwoli utrzymać płynność finansową firmy, ale się przeliczyliśmy… Zresztą nie chcemy wsparcia, chcemy otworzyć drzwi i pracować.

– Czy na dłuższą metę sprzedaż tylko na wynos pozwoli się utrzymać i jak długo?

Iwona Orłowska:– Dla większości lokali sprzedaż jedzenia na wynos była tylko dodatkiem, a nie podstawowym profilem działalności. Z takiej sprzedaży, sprzedaży jedzenia na wynos utrzymanie lokali i pracowników jest bardzo trudne. Musimy przecież opłacać nasze zobowiązania, w tym podatki od nieruchomości czy koncesje. Te trzeba płacić nawet, jeśli alkoholu nie sprzedajemy. Na szczęście zrodził się pomysł stargardzkiego magistratu zachęcający do kupowania w lokalnych firmach to strzał w dziesiątkę. Poza tym, że zachęca do wspierania lokalnych biznesów, to także buduje świadomość lokalnej marki, czy produktu. Dzięki temu wielu z nas zaczyna dostrzegać małe firmy działające w zasięgu naszych miejsc zamieszkania czy pracy. I to zostanie z nami także po pandemii. Ponadto ogromne podziękowania należą się tym, którzy od początku pandemii nas nie opuścili. To osoby, które przychodzą, zamawiają jedzenie, wracają, które pytają, jak sobie radzimy. I oni nigdy nie zawodzą. I bez tych ludzi, nikt z nas nie dałby rady przetrwać.

Czy planujecie się mimo zakazu otworzyć, jak ma to już miejsce z lokalami w Polsce?

Paweł Orłowski:– To bardzo trudne pytanie, a jeszcze trudniejsza decyzja. Wszyscy wiemy, jak to wygląda i w jaki sposób właściciele firm próbują sobie radzić z wprowadzonymi obostrzeniami. Nie chcielibyśmy robić nic, co mogłoby nam zaszkodzić, jednak nasza cierpliwość jest na skraju. Chcemy uczciwych zasad dla wszystkich branż. Tymczasem lockdown działa wybiórczo. I tak też niszczy gospodarkę. A tę tworzą nie tylko gigantyczne firmy, ale przede wszystkim rzesza małych, rodzinnych biznesów. Także nasze decyzje będą uzależnione od decyzji rządu. Jedno jest pewne – nie będziemy patrzeć, jak rozpadają się firmy mozolnie budowane latami. Tym bardziej, że na nas patrzą ludzie, którzy mają swoje rodziny i swoje zobowiązania. Oni chcą pracować i dlatego będziemy walczyć.

-Na zakończenie naszej rozmowy poproszę jeszcze o wyjaśnienie nazwy Państwa lokalu i kilku słów o nim…

Iwona Orłowska:– Lokal powstał blisko 3,5 roku temu, a jego nazwa (Ziemniakowelove) nawiązuje do najbardziej popularnego w polskiej kuchni warzywa. Lokal jest więc miejscem dla miłośników ziemniaków, bo to właśnie tu mogą je spróbować w postaci dań kuchni polskiej i międzynarodowej oraz deserów. To także miejsce, w którym królują produkty pochodzące od lokalnych i regionalnych producentów i rolników. Gotujemy z pasją i tą pasją zarażamy innych. Organizujemy tematyczne wieczory, podczas których można spróbować dań i posłuchać ciekawych historii z różnych zakątków świata. Lokal jest członkiem sieci dziedzictwa kulinarnego Pomorza Zachodniego.

Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski

Komentarz Stargardzkiej Izby Gospodarczej

Strach o przyszłość

Mija prawie rok od początku pandemii COVID-19.Już wiemy, że obostrzenia zostały utrzymane do 31 stycznia. Przedsiębiorcy są na skraju wyczerpania, potrzebują powrotu do normalności. Dla wielu to być albo nie być. Tu jest potrzebny dialog, kompromis i jasny przekaz, jasne deklaracje, konkretne terminy. Trudno funkcjonować  bez podstawowej wiedzy, jak długo to jeszcze potrwa.

Wiele sektorów gospodarki jest objęta obostrzeniami od 24 października. Nie brakuje też branż, które od samego początku pandemii notują wysokie straty. Przedsiębiorcy boją się o swoją przyszłość, o miejsca pracy, boją się problemów finansowych.

Słychać coraz częściej, że wiele firm decyduje się na złamanie rządowego rozporządzenia i otwarcie działalności mimo zakazów. Niemal każdego dnia w mediach pojawia się informacja o przedsiębiorcach, którzy w oryginalny i kreatywny sposób próbują wbrew zakazom prowadzić swoje firmy. Niektórzy otwierają je wprost, inni decydują się na obejście prawa. Lodowiska stają się kwiaciarniami, restauracje miejscami kursów, hotele miejscem szachowych rozgrywek, siłownie zakładami rehabilitacji zdrowotnej. Dla wielu jest to sposób na przetrwanie. Wielu przedsiębiorców traci już nadzieję na utrzymanie zatrudnienia i swoich firm.

Uczciwy i przestrzegający prawa restaurator radzi sobie przygotowywaniem posiłków na wynos, akcjami promocyjnymi, voucherami. Z inicjatywy władz miasta powstał portal kupuj lokalnie, który promuje stargardzkich przedsiębiorców, nagradza zakupy w stargardzkich firmach. Lokalne biznesy wspierają się kupując u siebie i polecając swoje produkty, towary i usługi w mediach społecznościowych. To jednak za mało aby przetrwać. Pomoc rządowa nie trafi do wszystkich i nie pokryje wszystkich strat. Coraz głośniej wybrzmiewają apele o realizację zapowiadanego planu powrotu do normalności po 17 stycznia. Wszyscy tego oczekiwali. Na to jednak szans nie ma.

Dlaczego zamknięte muszą być siłownie i baseny a inne rodzaje aktywności grupowej są dozwolone? Dlaczego restauracja nie może działać w reżimie sanitarnym a wędrówki klientów między regałami w sklepach wielkopowierzchniowych są na porządku dziennym? Opór przeciwko zamykaniu gospodarki nie jest przejawem lekkomyślności lecz aktem desperacji wynikającej z widma bankructwa. Przedsiębiorcy coraz głośniej domagają się możliwości prowadzenia  normalnej działalności. Oczywiście z zachowaniem odpowiednich rygorów i ograniczeń, ale nie całkowitych zakazów.

Tworzą się oddolne inicjatywy. Przykładem jest #otwieraMY. Restauracje, kluby, bary, siłownie, hotele działają mimo zakazu. Pojawiają się wezwania do buntu, nieprzestrzegania zakazów. Z drugiej strony zmasowane kontrole, kary, mandaty nie wróżą nic dobrego. Niech zdecyduje klient. Każdy powinien być odpowiedzialny za własne zdrowie i życie. Przedsiębiorcy w tej chwili walczą o przeżycie.

Renata Naworol, Prezes SIG

Registration disabled